M601SD "Marcin" naprawa generalna
- Zaloguj Zarejestruj się by odpowiadać
Bo tak ogólnie to słabo się znam na kaseciakach, wspominałem już o tym razy kilka.
Prawdopodobnie dlatego, że nie miałeś do czynienia z modelami (zagranicznymi) z lat 70-tych. Mam dwa takie: Akai GXC-760D i Tandberg TCD-330. Jakbyś je otworzył to zaraz byś się poczuł jak w domu, naprawiając magnetofon Koncert. Trzy silniki, dwa bezpośrednio napędzające rolki, trzeci napędzający dwa koła zamachowe od "double capstan". Żadnych rolek pośrednich. Konstrukcja mechaniczna prosta jak budowa szafki nocnej. Elektronika, od części audio, to już trochą inna sprawa.
[...] Akai GXC-760D i Tandberg TCD-330.[...] Trzy silniki, dwa bezpośrednio napędzające rolki, trzeci napędzający dwa koła zamachowe od "double capstan". Żadnych rolek pośrednich. Konstrukcja mechaniczna prosta jak budowa szafki nocnej. Elektronika, od części audio, to już trochą inna sprawa.
Mhm, a elektronika od tych silników to jeszcze insza inszość. Cena całości w tamtych latach to pewnie nie na kieszeń Unitromaniaków. Unitromaniaków z braku wyboru oczywiście ;-).
Kiedyś chodziło mi po głowie takie rozwiązanie mechaniki kaseciaka, ale gdy coś o tym przebąknąłem w środowisku ZRK, to chóralnie zgodnie orzeczono, że jestem cyt.: "pier...ty". Spróbujcie przebrnąć przez presję otoczenia w atmosferze ewentualnego zagrożenia wpier..lem i bojkotem na co dzień, to też się zrazicie na zawsze do sprawczego urządzenia. Po prostu ujawniłem się w niewłaściwym towarzystwie, mój błąd :-(.
Odnośnie cennego filmu podpowiedzianego przez Kolegę, to mikroprzełączniki zwane potocznie krańcówkami rozbiera się i naprawia nawet bez ich sprawdzania, bo wiadomo, że po długim czasie są niesprawne zwłaszcza w takich aplikacjach, gdzie przewodzą bardzo małe lub dość duże prądy. Ale można sobie sprawdzić takie jeszcze przed demontażem przy użyciu zwykłego omomierza, najwygodniej cyfrowego - czyli niemal dowolnego taniego multimetru za parę złotych. Tylko nie na "piszczałce" jak to Kolega Reduktor zrobił, a na omomierzu, zakres 200 omów jest wystarczający bo większość takich omomierzy rozróżnia na tym zakresie 0,1 oma. Piszczałka piszczy już od 50...45 omów w dół i pokazany na filmie teścik jest niemiarodajny, a może być nawet mylący.
Tak więc test jest prosty - mierzymy oporność zwartych styków, uwzględniając "tara" omomierza. Na przykład omomierz na zwartych przewodach pomiarowych pokazuje 0,7 oma i to jest nasze umowne zero. Oporność zwartych styków powinna być niewykrywalna takim pomiarem, jeśli zobaczymy odczyt 0,8 oma (przy tych przykładowych tara 0,7 oma) lub więcej to mikroprzełącznik jest do naprawy. Można sobie powtórzyć przełączenie wiele razy i obserwować brak powtarzalności łączenia, co jest regułą. Z własnego skromnego doświadczenia naprawiania takich przełączników powiem, że widywałem chyba wszystkie możliwe wartości od ułamka oma do kilku kiloomów w kilkuset egzemplarzach przed naprawą.
Mycie takiego przełącznika w myjce ultradźwiękowej jest zagadkowe co do długotrwałego efektu. Płyn myjący łatwo wejdzie do środka (ale nie wiadomo, czy wypełni całkowicie i dojdzie do styków), ale już nie tak łatwo wyjdzie, a odparowanie go pozostawi wewnątrz wszystko to co wypłukał. Na stykach pewnie też coś zostanie. Chwilowy złudny efekt poprawy działania to raczej skutek działania samych ultradźwięków niż wypłukania zanieczyszczeń, zwłaszcza spomiędzy akurat zwartych styków i punktów podparcia rozetki ruchomej.
Po demontażu styki czyścimy drobnym pilniczkiem i polerujemy filcem. Nie wolno używać papieru ściernego ani osełki korundowej czy diamentowej, oddzielone drobinki ścierniwa łatwo wbiją się w miękki materiał styku i tam zostaną powodując losowe błędy kontaktu. Obrazek z mikroskopu po takim czyszczeniu jest przekonywujący jakby co.
Te przełączniki są wprawdzie niby nierozbieralne, mają klejone pokrywki, ale punktowo i da się takiego uciążliwca rozebrać, choćby z drobnym uszkodzeniem tej pokrywki (rozwarstwia się nieco, materiał przypomina rezokart czy jakąś podobną impregnowaną tekturę prasowaną).
Powtórne klejenie też punktowe i bardzo oszczędnie z klejem CA, bo opary tego wynalazku osadzają się na wszystkim co w pobliżu, tworząc doskonałą warstwę izolacyjną. Lepiej byłoby, żeby do styków nie doleciały.
Na teście końcowym przed powtórnym montażem ma być zero omów (tara omomierza i nic więcej) przy 100 przełączeniach kontrolnych, żadnego zająknięcia. Jeśli tak jest, to można go zamontować do urządzenia i spać spokojnie.
Nie grzejcie wyprowadzeń zbyt długo lutownicą, bo to krytyczny moment dla czystości styków, tlen tylko czeka na taką okazję.
Kluczowym dla dobrego wyobrażenia sobie istoty działania tego typu przełącznika jest uświadomienie sobie faktu, że siła docisku styków jest tutaj bardzo mała (podobnie jak w miniaturowych przekaźnikach), co skutkuje dużą wrażliwością na nawet śladowe zanieczyszczenia. Praca przy niskich napięciach wyklucza przewodzenie jonowe w obszarze styku, więc niezawodność tych pstryczków jest taka sobie.
Kiedyś kiedyś, widziałem dorobione tłumienie otwierania klapki w kaseciaku oparte o:
https://www.amazon.pl/FTVOGUE-plastikowy-buforowy-szuflady-reduk...
ale nie było to takie wielkie jak te co podlinkowałem, to o którym pisze miało 2cm długości
Właśnie dumam nad rozwiązaniem, przyszło wybrać pomiędzy:
1. Klasycznym tłoczkiem w cylinderku pasowanym na znikomy luz i uszczelnionym olejem, a jako czynnik tłumiący - powietrze ze zdławionym przepływem i samoczynny zaworek kulkowy dla uzyskania asymetrii kierunkowej tłumienia (brak lub znikome tłumienie przy zamykaniu kieszeni, połowiczne do 3/4 skoku otwarcia i pełne na końcowym odcinku ok.1/4 skoku). Wówczas kieszeń szybko, ale elegancko i bezgłośnie by się otwierała. To łatwo uzyskać, proszę przywołać wyobraźnią cylinder silnika dwusuwowego - ta sama zasada pracy tłoka jako zaworu, tylko dziurki duużo mniejsze; wady - trochę trudne do wykonania podwieszenie układu, reszta niezbyt trudna. Zalety - dobra powtarzalność długoterminowa działania, jeśli z zasobnikiem oleju; duża trwałość; wysoka niezawodność. Aha, nie będzie działało na Księżycu lub zadziała tam tylko jeden raz ;-).
2. Płytką okrągłą, nieco wgłębioną centrycznie dla utrzymania czynnika tłumiącego (gęsty smar silikonowy) z asymetrycznie fazowanym obrzeżem w tym samym celu (łatwo zagarnia "przecieki" z zewnątrz do wewnątrz, ale trudniej traci z wewnętrznego obszaru wgłębienia ograniczonego tym dookólnym obrzeżem); takie efekty uzyskuje się różnicą promieni zaokrąglenia krawędzi zewn./wewn. obrzeża. Płytka ta przesuwa się po płaskiej powierzchni, sprzęgnięta z kieszenią;
3. Prostym tłoczkiem luźno pasowanym (0,05...0,1 mm luzu) w cylinderek przelotowy dla powietrza z czynnikiem tłumiącym j/w.; wada: jak tłoczek wyciśnie z czasem smar poza obszar współpracy z cylinderkiem to przestanie działać.
4. Vabank - kompletne, ale nieco zmodyfikowane elektroserwo typu modelarskiego z silnikiem bezrdzeniowym. Wady: spory koszt (ponad 200 zetów, ale to jedyna wada, którą teraz widzę); zalety: rozwojowość konstrukcji, najwyższa niezawodność, najwyższa trwałość, całkowita powtarzalność długoterminowa (kilkadziesiąt lat i więcej), kontrolowalność układu - można byłoby regulować sobie prędkość otwarcia lub/i zamknięcia, jeśli rozwinąć konstrukcję. Techniczny poziom wykonania takich serwomechanizmów z wyższej półeczki jest wręcz kosmiczny, ich trwałość w dedykowanym użyciu całkiem dobra. Niezawodność musi być wysoka, bo awaria w locie modelu nawet lekkiego śmigłowca to zwykle śmiertelne zagrożenie dla otoczenia (niestety, były takie tragiczne przypadki, ale nie z winy serwomechanizmów). Dla ciekawych - takie serwomechanizmy stosuje się m.in. w pokazowych i wyczynowych modelach śmigłowców, w obecnej dobie napędzanych zwykle silnikami elektrycznymi lub turbospalinowymi o znacznych mocach. Służą owe serwa m.in. do napędu cykliki, czyli zmiany kąta natarcia łopat wirnika głównego w funkcji kąta ich chwilowego położenia. Siły występujące tam są liczone w setkach niutonów, a serwo musi nadążać za cyklami pracy sterowanego przez pilota wirnika. Więc ani byle co, ani z byle czego to nie może być i nie jest. Jak na reprezentowaną jakość i poziom techniczny to ceny są dość niskie, te najlepsze to "tylko" kilkaset dolarów, te ze średniej półeczki - kilkadziesiąt. Najtańsze za 25$ stosowali potencjalni samobójcy, obecnie są zabronione niepisaną, rozsądną zmową. Inspekcja przedstartowa na pokazach (o ile jest ;-)) czy zawodach (zawsze jest/była i to dość surowa) nie dopuści modelu z czymś takim do lotu.
I co tu wybrać?
Klasą do sprzętu to wiadomo, co by tu pasowało, ale to przecież tylko otwieranie kieszeni, żaden lot na Wenus ;-).
P.S.:sumienie mnie ugryzło, że mogłem kogoś zainfekować tymi wstawkami o śmigłowcach. Fakt - jedna z najbardziej fascynujących i zarazem najtrudniejszych pod każdym względem zabaw, jakie dane mi było poznać, sięgająca dużo dalej, niż można by nawet najśmielej przypuszczać. Więc zacytuję jako przestrogę słowa jednego z najlepszych polskich pilotów: "Do wiropłatów - zawsze na "Pan", żartów nie ma".
Śmigłowce są wiropłatami jakby co...
Mhm, a elektronika od tych silników to jeszcze insza inszość. Cena całości w tamtych latach to pewnie nie na kieszeń Unitromaniaków. Unitromaniaków z braku wyboru oczywiście ;-).
No właśnie nie jest to tak zaawansowane jakby się wydawało. Oba magnetofony mają cały system sterowania na elementach dyskretnych. Całkiem prosty, żeby nie powiedzieć prostacki. Na załączonym zdjęciu jest silnik przesuwu od Akai i schemat jego kontroli.
Takie wątki są potrzebne, bo informacji o Marcinie zero. Kult i aura tajemniczości unitry jak w soczewce. Nie pokazywać, nie mówić, a już absolutnie żadnych dokumentów. Trzeba w końcu to odczarować.
Mhm, a elektronika od tych silników to jeszcze insza inszość. Cena całości w tamtych latach to pewnie nie na kieszeń Unitromaniaków. Unitromaniaków z braku wyboru oczywiście ;-).
No właśnie nie jest to tak zaawansowane jakby się wydawało. Oba magnetofony mają cały system sterowania na elementach dyskretnych. Całkiem prosty, żeby nie powiedzieć prostacki. Na załączonym zdjęciu jest silnik przesuwu od Akai i schemat jego kontroli.
Mógłbyś wrzucić tu resztę tego schematu albo linka gdzie on jest w sieci?
Po mojemu to wcale nie jest taki prostacki jak na tamte czasy.
Takie wątki są potrzebne, bo informacji o Marcinie zero. Kult i aura tajemniczości unitry jak w soczewce. Nie pokazywać, nie mówić, a już absolutnie żadnych dokumentów. Trzeba w końcu to odczarować.
Tak, jednak wiele tajemnic już poszło na zawsze wiadomo gdzie. Co się da ujawnić dziś to się ujawni, ale i tak będziemy opierać się po części na ciekawych przypuszczeniach.
Mógłbyś wrzucić tu resztę tego schematu albo linka gdzie on jest w sieci?
Po mojemu to wcale nie jest taki prostacki jak na tamte czasy.
Proszę bardzo...
Zgadzam się, że jak na drugą połowę lat siedemdziesiątych, to nie jest to takie "prostackie". Szczególnie, że ciągle działa, prawie 50 lat później.
https://p.unitraklub.pl/oc1/akai_gxc-760d.pdf
Witam Kolegów,
magnetofony Marcin przewijały się w moim życiu kilka razy. Pierwszego widziałem u swojego chrzestnego, który pracował w Kasprzaku. Ten kupił go na wyprzedaży po likwidacji zakładów. Wyglądał inaczej niż inne kaseciaki z ZRK i wzbudził moje zainteresowanie. Usłyszałem, że podobno te magnetofony służyły w ZRK do nagrywania kaset testowych. Następnie po dłuższym czasie udało mi się wyhaczyć jednego na bazarze Olimpia. Był w dość kiepskim stanie ale udało mi się go w miarę doprowadzić do używalności. Następnego kupiłem z ogłoszenia i ten był w najlepszym stanie. Oba są u mnie do dziś. Korzystałem już z wiedzy, doświadczenia i inwencji twórczej kolegi Krecika przy okazji remontu i ulepszania M3401SD i M3201SD. W związku z moim z tych prac zadowoleniem chciałbym w tym miejscu zapytać, czy mógłbym poddać kuracji odmładzającej również moje dwa egzemplarze?
Przy okazji - czy znane jest Wam nazwisko Włodzimierz Kozłowski? Wydaje mi się, że jest on jakoś zamieszany w historię Marcina.
- « pierwsza
- ‹ poprzednia
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- …
- następna ›
- ostatnia »


















Chyba większość znanych mi kaseciaków posiada tłumik otwarcia kieszeni, nawet ZRK RB3200 miał wiskotyczny na wielocylindrze z tworzywa. Działał bardzo dobrze, ale za krótko jak na oczekiwania użytkowników.
Co do filmu Reduktora - zgadzam się z wypowiedziami dotyczącymi jakości dźwięku z tego niedocenionego pudełka. Zdaje się, że na papierze zaniżyli mocno większość parametrów i chyba wiem, dlaczego tak musiano wówczas zrobić. Więc to nie jest klasa MK125 jakby co, jeśli by wierzyć wpisom w "Kąciku Marcina".
Na okrasę: magnetyczny czujnik licznika, współpracujący z układem cyfrowym. Prosty, tani, dokładny, niezawodny, trwały.