Nie samą Unitrą żyje człowiek
- Zaloguj Zarejestruj się by odpowiadać
Brak części zamiennych to chyba jednak stwierdzenie na wyrost. Fakt, Cambridge Audio One Plus na rynek wszedł w 2012 roku, więc z niektórymi podzespołami może być problem. Tutaj jednak trzeba zacząć od dokładnych oględzin z użyciem kamery. Sprzęt upakowany, w środku ciasno, elementy klejone na pastach lutowniczych, więc spore kłopoty z wysychaniem spoiwa i zimnymi lutami, stąd różne z pozoru nie związane ze sobą usterki. Główna elektronika na piętrowo montowanych płytkach w tylnej części za mechanizmem odtwarzacza. Do tego brak dokumentacji serwisowej. Nie dziwię się, że ludzie nie chcą się za to brać.
Taka moda wtedy była, miałem podobnego Grundiga. :)
Co do japońszczyzny z końca lat 70, to robić coś tam w środku to często udręka - spaghetti z kabli nawijanych na kołki.
Żeby tylko japońszczyzny...
Nasze orły też chciały być na fali modnych połączeń owijanych, vide Elizabeth lub bardziej polski MDS432, którego właśnie mam na stoliku. Na ki ... owijać sztywny drut na kołku wlutowanym w płytkę ? Odłączyć się nie da, z założenia owijka jest jednorazówką, trzeba wylutować cały kołek sztywny jak pal Azji i zagięty na końcu jak nos Quasimodo.
Za takie pomysły powinien być w piekle osobny kocioł, taki gorętszy ;-).
Z wrzącą cyną na przykład...
Kołki z owijkami...
Pełno tego w starszych "Japończykach". Odwinąć i po naprawie zawinąć, raczej graniczy z cudem, a przewody z reguły zbyt krótkie, aby mieć dostęp do płytki bez demontażu okablowania.
A i zdarza się, że po długim czasie przechowywania sprzętu w różnych warunkach, takie owijki tracą dobry kontakt.
Jednym słowem - okropieństwo.
Taka moda wtedy była, miałem podobnego Grundiga. :)
Co do japońszczyzny z końca lat 70, to robić coś tam w środku to często udręka - spaghetti z kabli nawijanych na kołki.Żeby tylko japońszczyzny...
Nasze orły też chciały być na fali modnych połączeń owijanych, vide Elizabeth
Dobry przykład. Miałem urządzenie "Elizabeth" na stole i jak je otworzyłem, tak po zobaczeniu wnętrza bardzo szybko je złożyłem, niczego nie dotykając w środku. :)
W sumie nie spotkałem się, aby fabrycznie nawinięte przewody przestały kontaktować, ale po demontażu, jedyny słuszny sposób ponownego montażu to chyba owinięcie i zalutowanie...
Połączenia owijane były na masową skalę używane od połowy lat 50tych w urządzeniach przemysłowych czy pierwszych komputerach. Inżynierowie nie wybraliby raczej rozwiązania zawodnego do takich zastosowań szczególnie jak takie połączenia często zastępowały płytki drukowane. Rozwiązanie to nie przewidywało nawet potrzeby lutowania.
Jedynie późniejsza naprawa była koszmarem serwisanta, szczególnie jak dodatkowo lutowało się takie połączenie.
Zdjęcie poglądowe fragmentu komputera wykonanego tą techniką z Wikipedii.
Super sprawa, wygląda jak podniszczony koc.
:)
Połączenie owijane samo w sobie jest pewne, trwałe i niezawodne pod warunkiem prawidłowego jego wykonania. Naprężenie wstępne drutu musi być zachowane w określonym zakresie, inaczej będzie lipa.
Jednak stosowanie go tam, gdzie i tak kołek jest wlutowany w płytkę nie daje żadnych korzyści, daje natomiast zwiększenie trudności i pracochłonności wykonania, wymagań technologicznych i kosztów oprzyrządowania produkcji.
Co gorsza, poziom trudności prac serwisowych przy takim urządzeniu nierzadko prowadzi go na złom przy byle usterce wymagającej ingerencji w oprzewodowanie.
A równie często na któryś ze znanych portali aukcyjnych ;-).
- « pierwsza
- ‹ poprzednia
- …
- 80
- 81
- 82
- 83
- 84
- 85
- 86
- 87
- 88
- …
- następna ›
- ostatnia »


















Taka moda wtedy była, miałem podobnego Grundiga. :)
Co do japońszczyzny z końca lat 70, to robić coś tam w środku to często udręka - spaghetti z kabli nawijanych na kołki.